
Od miejsca punktu zerowego,
O Panie, wybaw nas.
Od deszczu kobaltowego,
O Panie, wybaw nas.
Od deszczu strontowego,
O Panie, wybaw nas.
Od pyłu cezowego,
O Panie, wybaw nas.
Od przekleństwa Opadu,
O Panie, wybaw nas.
Od poczynania potworów,
O Panie, wybaw nas.
Od przekleństwa rodzenia potworów,
O Panie, wybaw nas.
A morte perpetua
Domine, libera nos.
Litania do Wszystkich Świętych (fragment)
Walter M. Miller Jr. „Kantyczka dla Leibowitza”
Poniższy tekst ma za zadanie pomóc tym Mistrzom Gry, którzy chcieliby lepiej zrozumieć na czym polegałyby zmiany klimatyczne, będące skutkiem Apokalipsy nuklearnej, gdyby się takowa zdarzyła.
Są to własne spekulacje autora, które mogą się kłócić ze stanem rzeczywistym (Bogowie sprawcie, abyśmy nigdy nie musieli doświadczać owego stanu).
Powstał on w oparciu o tekst Maxa Smirnova, traktujący o bombach atomowych, efektach jakie powstają przy eksplozji itd. Zamieścił go niegdyś na IRSie, ale że IRS już nie istnieje, tekst pozostał tylko na paru komputerach.
Rozważania powstały jeszcze w XX wieku, kiedy ślęczałem nad settingiem postapokaliptycznym zatytułowanym Upadek: Kroniki Dnia Ósmego. Projekt dawno zdechł, ale zostało sporo tekstów, w formie notek, rozdziałów, paragrafów, punktów... kilkaset stron, powstających w ostatniej pięciolatce XX wieku.
Przejrzę to, może coś się nada fanom settingów postapkaliptycznych, nieco bardziej realistycznych politycznie czy kulturowo niż Neuroshima czy Fallout.
Zapytam również Maxa, czy zechce się podzielić swoim studium bomb atomowych – naprawdę ciekawe i rzeczowe. A jak przy rzeczowości jesteśmy to...
... przejdźmy do rzeczy.
Najpopularniejsze tezy, próbujące przedstawić nam problem klimatu po kataklizmach nuklearnych, są dwie. Pierwsza teza, nazwiemy ją tu „Tezą Radioaktywnej Pustyni”, stoi w opozycji do tezy drugiej, „Tezy Nuklearnej Zimy”. Przyjrzyjmy się więc bliżej konsekwencjom użycia przez Mistrza Gry tezy pierwszej lub drugiej.
RADIOAKTYWNA PUSTYNIA
Zacznijmy od „Tezy Radioaktywnej Pustyni”. Aby świat mógł się w taką zamienić, musiałoby wyginąć na nim właściwie wszystko. Można by tego dokonać przy pomocy tzw. „bomb posolonych” (Salted Bomb) , które rozsiałyby w stratosferze radioaktywne pierwiastki, które następnie spadłyby z deszczami na kontynenty i morza. Paradoksalnie więc, tereny obecnie pustynne byłyby najmniej skażone, gdyż tam pada najrzadziej.
Połowiczny rozpad np. Co 59 (własciwie to Co 60, ale po reakcji w trakcie eksplozji zamienia się w izotop 59), używanego w „bombach posolonych” trwa 5,5 roku. Tak więc po kilkudziesięciu latach życie, które przetrwałoby na obecnych pustyniach ( i w bunkrach, i w łodziach atomowych, i na orbicie), mogłoby w miarę pewnie wrócić na dawno zajmowane tereny i zacząć jakąś tam egzystencję, choć byłaby ona na pewno trudna, ze względu na brak pożywienia.
Morza natomiast zostałyby powtórnie skażone przez spływające wody gruntowe. Tak więc to, co przeżyłoby w morzach pierwszą falę promieniowania zginęłoby, powoli zatruwane przez spływające wody gruntowe. Trwałoby to dosyć długo, choć należy pamiętać, że pierwiastki rozszczepialne i ich radioaktywne izotopy są zwykle bardzo ciężkie, więc opadałyby na dno.
Rzeki jednak płynęłyby dalej, bo przecież nie wyparowałyby. A nawet gdyby - spadłyby z deszczem. już po niecałych dwóch wiekach nie zostałby ślad po radioaktywnym kobalcie. Jeszcze jednym problemem mógłby tu być brak tlenu na wyżynach, spowodowany brakiem roślinności i życia w oceanach, „zielonych płuc” świata.
Patrząc realnie, taki świat nie miałby wielu szans na podtrzymanie jakiegokolwiek życia. Poza tym, pustynia jest niezbyt ciekawa.
Kto był, ten wie, że ludzie umierają tam głównie z nudów, nie z braku wody.
Należy jednak zwrócić uwagę, że „Radioaktywna Pustynia” jest ulubionym motywem wielu pisarzy i reżyserów (głównie amerykańskich). Tak wiec często się z nią można spotkać w „inspiracjach” do sesji.
ZIMA ATOMOWA
Co nam oferuje „Zima Atomowa”? Troszkę więcej szans na przeżycie i nieco większą różnorodność. Po pierwsze, aby powstała taka zima, potrzebne byłyby eksplozje na powierzchni planety lub jeszcze lepiej - pod ziemią. Efekt byłby podobny do erupcji wulkanicznych.. Dzięki takiemu rozwiązaniu w niebo wzbiłyby się ogromne tumany kurzu, które przesłoniłyby Słońce, odcinając dostęp ciepłu i światłu. To spowodowałoby śmierć roślin, potem roślinożerców, potem drapieżników. W międzyczasie spadłby też tzw. „czarny śnieg”, powstały z cząstek wyrzuconych w atmosferę i skondensowanej wody. Śnieg padałby przez kilka lat, dopóki nie wyczerpałyby się zapasy wody i pyłu w atmosferze. Wtedy też słońce znów by wyjrzało spoza chmur. Czarny śnieg, przykrywające ziemię zacząłyby pochłaniać ciepło i topnieć. Pamiętam, że w symulacjach mówiło się o jakichś czterech latach zimy, a później odwilż.
Świat zostałby zalany nowymi rzekami i terratonami błota. Oczywiście część wody odparowałaby do atmosfery, już bez zanieczyszczeń. Tereny nizinne zamieniłyby się w bagniska, poprzecinane wieloma rzekami. Wkrótce wyrosłyby tam chaszcze, potem lasy.
Klimat stopniowo ocieplałby się. Trwałoby to jednak wiele lat. Warto tu dodać, że tereny równikowe, gdzie życie jest najwrażliwsze na zmiany temperatur, prawdopodobnie stałyby się jałowymi pustyniami, po których hulałyby tylko wiatry i tumany kurzu.
Życie utrzymałoby się tylko w sferze umiarkowanej, bo zwierzęta Północy prawdopodobnie wyemigrowałyby na południe. Wiele roślin strefy umiarkowanej również przetrwałoby w śniegach, w formie nasion. Ważnym czynnikiem byłby tu także brak lasów tropikalnych, produkujących tlen. Jednakże życie w oceanach utrzymałoby się, a właśnie w oceanach powstaje najwięcej tlenu. Mimo to w wyższych partiach gór człowiek mógłby już zacząć się dusić, tak jak ma to obecnie miejsce w najwyższych partiach Himalajów.
Klimat byłby dosyć suchy i zimny w dzisiejszej strefie umiarkowanej, tak jak w obecnej północnej Kanadzie lub Syberii, choć już na wysokości Morza Śródziemnego przemieniłby się w klimat gorący i suchy. Na północy mogłyby zacząć tworzyć się lodowce.
Co z promieniowaniem? Byłoby z pewnością mniejsze niż w przypadku opcji „Radioaktywnej Pustyni”, skażenie byłyby tyko regionalne, koncentrując się wokół ruin wielkich miast i punktów zero. Oczywiście część pierwiastków promieniotwórczych przedostałaby się do atmosfery, ale możemy założyć, że byłyby to jedynie ułamki wartości, jakie powstałyby przy użyciu „bomb posolonych”.
UWAGA O MUTANTACH
Zapomnijcie o mutantach popromiennych, które potrafią znikać, czarować, rzucać samochodami itd. W realnym świecie pewnie by się rodziły i zaraz umierałyby na brak płuc, kończyn lub na wodogłowie.Zapomnijcie.
POZOSTAŁE OPCJE
Oczywiście możliwe są także inne opcje, mniej popularne niż „Radioaktywna Pustynia” czy „Zima Atomowa”.
„Wielki Potop” byłby istotnie możliwy, choć nie na taką skalę, jak wymyślił to sobie Kevin Costner w „Wodnym Świecie”. Klimat musiałby się nieustannie ocieplać, co powodowałoby jałowienie gleb w okolicach równika, skąd woda byłaby transportowana na północ, gdzie skraplałaby się i spadałaby w postaci deszczu. W czasie, kiedy utrzymywałaby się w atmosferze, przyczyniałaby się do pogłębienia efektu cieplarnianego.
W tym samym czasie lodowce biegunów i wśród szczytów zaczęłyby się topić, podnosząc poziom wody w morzach i rzekach. Poziom ten mógłby się podnieść nawet o kilkadziesiąt metrów, zalewając np. Pomorze, Holandię i Danię.
„Pustynia UV” jest także ciekawym pomysłem, gdzie nie ma już warstwy ozonowej, a promieniowanie ultrafioletowe zabija wszystko co żywe. Życie pozostaje tylko w oceanach i pod ziemią. Poruszać się po powierzchni można tylko w ciężkich ubraniach ochronnych. Nie było by to raczej efektem wojny atomowej, a stałym zanieczyszczaniem atmosfery przez ludzką cywilizację. Padałyby tu jeszcze kwaśne deszcze, byłby efekt cieplarniany, jako skutki emisji zanieczyszczeń do atmosfery... co i tak nie miałoby znaczenia dla życia.
„Lodowa Pustynia”, jak w grze „Dark Earth”, lub „Transantarctica”, gdzie cały świat pokryty jest lodem i śniegiem. Możliwe, pod warunkiem, że Długa Zima trwałaby nie kilka, a kilkadziesiąt lat. I Eksplozje nuklearne wyrzuciłyby w atmosferę głównie wodę, która stworzyłaby chmury, ochłodziłaby klimat i spadła jako śnieg. W tym czasie powierzchnia mórz zamarzłaby, a lądy pokryłyby się białym śniegiem. Taka lodowa planeta odbijałaby światło i ciepło jak lustro, uniemożliwiając ogrzanie atmosfery przez wiele wieków. Jednym słowem – Epoka lodowcowa. Mogłaby trwac wiele tysięcy lat.
To wszystko to takie o, teoretyzowanie sobie dla ludzi, którzy chcieliby wprowadzić trochę tego mitycznego „realizmu” do swoich sesji postapokaliptycznych. Jak wygrzebię, postaram się też znaleźc swoje notatki na temat gazów bojowych, trucizn, broni biologicznej, fosoryzującego mutagenu i tym podobnych zupek.
Poleć innym tę notkę